Od 14 roku życia jestem we władaniu maszyny do szycia. Oczywiście nie ciągle tej samej. Ta pierwsza była spadkiem po mojej mamie krawcowej. Był to stary, czarny Łucznik w drewnianym stoliku, z pedałem poruszanym siłą łydek! Pamiętam, że jako kilkuletnia dziewczynka siadałam na pedale pod stolikiem maszyny i kręcąc kołem udawałam, że jadę samochodem. Potem, jako kilkunastolatka po kryjomu, pod nieobecność mamy próbowałam szyć. Sprawa zazwyczaj dosyć szybko wychodziła na jaw, kiedy mama znajdowała splatane nici w bębenku.
Kiedy zmarła miałam 14 lat. Siadanie przy maszynie, przy której pracowała dawało mi namiastkę jej obecności. Terkot silnika, nici i ścinki na podłodze, zapach oliwy do maszyn. Babcia dbała o moja krawiecką edukację donosząc coraz to nowe prace - pościel, zasłonki, fartuszki kuchenne. Ciotka, również krawcowa dostarczała włoskie burdy i kawałki materiałów, które były jej zbędne, i czasem podpowiadała co można zrobić lepiej. To podobało mi się bardziej bo mogłam zrobić coś dla siebie i w swoim guście. Tak się nauczyłam szyć. W liceum już paradowałam w sukienkach własnych projektów. Na studniowce oczywiście także.Kołnierzyk wykonała techniką haftu Richelieu moja siostra, której dziś powinnam o tym przypomnieć.
Kiedy zmarła miałam 14 lat. Siadanie przy maszynie, przy której pracowała dawało mi namiastkę jej obecności. Terkot silnika, nici i ścinki na podłodze, zapach oliwy do maszyn. Babcia dbała o moja krawiecką edukację donosząc coraz to nowe prace - pościel, zasłonki, fartuszki kuchenne. Ciotka, również krawcowa dostarczała włoskie burdy i kawałki materiałów, które były jej zbędne, i czasem podpowiadała co można zrobić lepiej. To podobało mi się bardziej bo mogłam zrobić coś dla siebie i w swoim guście. Tak się nauczyłam szyć. W liceum już paradowałam w sukienkach własnych projektów. Na studniowce oczywiście także.Kołnierzyk wykonała techniką haftu Richelieu moja siostra, której dziś powinnam o tym przypomnieć.
Szycie zawsze dawało mi mnóstwo przyjemności. Było też przez chwilę źródłem zarobku. Dawało mi to ogromną satysfakcję, ale i ogromnie stresowało.
Dziś szyję rzadziej niż bym chciała. Konieczność wyjmowania i rozkładania maszyny, przeszukiwanie pudeł w poszukiwaniu akcesoriów skutecznie mnie zniechęcało. Od dawna marzyło mi się miejsce, które mogłabym dumnie nazwać pracownią. I zasiąść do szycia gdy tylko najdzie mnie potrzeba, lub tęsknota za mamą.
Dziś szyję rzadziej niż bym chciała. Konieczność wyjmowania i rozkładania maszyny, przeszukiwanie pudeł w poszukiwaniu akcesoriów skutecznie mnie zniechęcało. Od dawna marzyło mi się miejsce, które mogłabym dumnie nazwać pracownią. I zasiąść do szycia gdy tylko najdzie mnie potrzeba, lub tęsknota za mamą.
Teraz przyszedł w końcu czas na urządzenie w sypialni kącika, który byłby namiastką pracowni, ale również spełniał oczekiwania estetyczne. Oj, trwało to długo zanim znalazłam odpowiedni stół.
Był wprawdzie za niski (chyba korniki dobrały się do niego od dołu i zostały skrócone o głowę razem z częścią nóg), ale to nie problem. Dosztukowałam mu nóżki.
Miał też brzydki, jakiś dziwny blat. Na początku chciałam go malować. Ale okazało się że po przekręceniu na lewą stronę są piękne deski. Wystarczyło go po przeszlifowaniu zawoskować.
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie pomalowała nóg na biało, a następnie przetarła papierem ściernym. Przecież shabby schic to mój ulubiony styl.
Potem odrobina wosku bezbarwnego o trochę barwiącego, aby wyglądał na nieco przybrudzony. Efekt końcowy całkowicie mnie zadowolił. Stół może pełnić również funkcję biurka. wielofunkcyjność sprzętów przy moim zamiłowaniu do przemeblowań jest cechą jak najbardziej pożądaną.
Pierwszy element już mam. :-)
c.d.n
c.d.n

